|
|
RAPORT Z BOCAS DEL TORO - PANAMA
Wakacje: 14 dni na wodach Archipelago Bocas del
Toro w północno-zachodniej Panamie. Sierpień - Wrzesień 2005
Łódź: 35 stopowa “houseboat” – jedyna możliwość
czarterowa na Bocas
Cel
wakacji:
Latające łodzie
Po
miłym poranku oglądania statków przechodzących przez
Miraflores Lock, w kanale w Panama City, lądujemy na
Bocas w piękne słoneczne popołudnie i odbieramy łódź wraz
z “upgraded” dinghy. Łódź pozostawia wiele do
życzenia, ale akceptujemy jej stan. Ma dwa podwójne
spania, z tym, że jedno formowane jest po opuszczeniu
stołu do jedzenia. Niestety “upgraded” dinghy nie
materializuje się. Podobno się rozlaminowala… Zamiast niej
dostajemy podstarzałego skifa z włókna szklanego z 25 HP
Yamaha. Rozpakowujemy się i zadomawiamy na łodzi.
Wieczorem płyniemy do Hotelu Angela odwiedzić Claudia,
właściciela hotelu, od którego kupilismy naszą posiadłość.
Po powrocie na łódz postanawiamy odpłynac z prymitywnej
przystani gdzie się zaokrętowaliśmy i zakotwiczyć na
miejscowym kotwicowisku obok trzech innych jachtów już tam
stojących.
Po
opuszczeniu kotwicy stoimy na pokładzie dziobowym
kontemplując bliskość innych jachtów i prawidłowość wyboru
miejsca. Jest piękna księżcowa noc, jasno jak w dzień. W
pewnym momencie miejscowa panga na wysokich obrotach
swojej 100-konnej Yamahy z wysoko uniesionym dziobem
szarżuje prościutko na nas. “On nas nie widzi!” krzyczy
Ela. Po chwili wszyscy drzemy się jak opętani zdając sobie
sprawę z powagi sytuacji. W ostaniej chwili, czy kierujący
łodzią nas usłyszał, czy po prostu zmienił trochę kurs,
łódź minimalnie skręciła w lewo i uderzyła nas nie bezpośrednio dziobem, ale prawą przednią burtą. Rozpędzona
dwudziestokilkustopowa ciężka panga uniosła się w
powietrze, przeleciała kilkanaście metrów mijając naszą
grupę stojacą na pokładzie o dwa metry i spadła do wody po
naszej prawej burcie kręcac kółka wciąż pracującym
motorem… Mieliśmy okazję zobaczyć jej dno w całej
okazałości.
Zobaczylismy rowniez cos innego. W czasie lotu
łodzi oderwala się od niej jak wystrzelona sylwetka ludzka
ladujac w wodzie po drugie stronie naszej łodzi. Jak
przystalo na doswiadczonych zeglarzy, nastapila
natychmiast przykladowa akcja ratownicza wyciagania
winowajcy, a zarazem ofiary z wody przy pomocy miotly
pokładowej, utrudniona dziwna niemrawościa i brakiem
kooperacji poszkodowanego.
Po ogledzinach mlodego czlowieka na naszym pokładzie i
stwierdzeniu, ze wszystkie nogi i rece sa na swoim miejscu
stalo się oczywiste, ze gdyby delikwent krwawil to bylby
to masywny krwotok alkoholowy. Potem to juz typowe, inne
łodzie pospieszajace na ratunek, zdezorientowana policja,
spisywania raportów, ranne odwiedziny policji i innych
urzędów autorytetów morskich. Na szczeście mielismy
spotkanie z naszym adwokatem na temat posesji i tenże
wybrał się z nami na rozmowe z władzami. Okazalo się, ze
raport mowi o kierowcy łodzi, walącym w naszą grupę na
houseboat niezłośliwie, ale w stanie potężnego
zamroczenia, a jedynym problemem jest fakt, ze obydwie
łodzie sa niezarejestrowane. Pytano się nas, czy chcemy
prześladować młodego człowieka prawnie, w czym nie
wyraziliśmy silnego zainteresowania. Widzieliśmy go
później prowadzącego łódź z pasażerami hotelu, dla którego
pracował i zastanawialiśmy się, czy przynajmniej wydaje mu
się mniejsze racje alkoholowe jako kara za przewinienie.
Później jednak nasze mściwe myśli przytepily się nieco i
dały miejsce czemuś w rodzaju wdzieczności, bo delikwent
uprzątnął nam swoim czynem z pokładu houseboat
płotek-barierkę odgradzajacą pasażerów od wody, czym
uczynił nasz statek dużo łatwiejszy do kotwiczenia,
skakania do wody i łapania bryzy koniecznej do
termoregulacji ludzi z dalekiej, zimnej polnocy jak nasza
grupa.
Na Shepherd Island
Skłaniamy się do zatrudnienia Dave’a jako
menadżera. Dave, młody Amerykanin z Seattle, mieszka wraz
z żoną na Isla Cristobal w domu na wodzie. Dave obiecuje
nas przedstawić naszym nowym sąsiadom z Shepherd Island.
Oprócz nas na wyspie mieszka czterech innych wlaścicieli:
Lori i Chip z Florydy, Australijczyk Barry z żoną
Georginia i zeglarz Eddy, którego nie zastaliśmy, bo
najczęściej żegluje. Podpływamy rano do posiadlości Lori i
Chipa.
Przy solidnym pomoście stoi ponad
czterdziestostopowy jacht motorowy, na ktorym na razie
mieszkaja wlaściciele. System doków, pomostów i schodów,
szerokich ścieżek, zabudowań generatora i systemu łapania
wody jest bardzo solidny, jak przystało na emerytowanego
pulkownika. Przy jachcie poznajemy wlaścicieli, Barry’ego,
Dave’a z żoną Joellen. Za chwile przypływa John i Melody,
którzy budują się na Cristobal. Oprócz nas przepływaja,
przypływaja i odpływaja pracownicy Chipa. Co najmniej
cztery psy kilku wlaścicieli daja wyraz swojej radości i
zabiegają o uwagę. Tłoczno jak na bazarze. Niewątpliwie
nie jest to wyspa bezludna.
Posesja Lori i Chipa jest
piękna. Dramatycznie położona z kulminacyjną skałą
schodzacą bezpośrednio do wody, dróżkami i świeżo
posadzonymi roślinami prezentuje się jak kawałek raju.
Spotkanie jest gorące, wszyscy chcą wiedzieą wszystko o
wszystkich i
wymieniają doświadczenia budowlane, plotki,
opinie. Wszystko w milej atmosferze i ofercie pomocy i
współpracy. Bardzo nas to cieszy. Dopompowujemy się
optymizmem.
Płyniemy płzniej na nasz kawalek z Dave’m
z Joellen i Johnem z Melody. Nasz pracownik, Virgil alias
Virgilio alias Billy, wita nas z machetą w ręce.
Przyjaźnie oczywiście. Po komentarzach naszych gości na
temat posesji znowu dopompowujemy się optymizmem.
Już
więcej optymizmu się nie da! Goście odjeżdżaja, a my
spędzamy czas włócząc się po miejscach przyszłych domów.
Virgilio co rusz przynosi
specjaly rosnące na naszej ziemi. Furorę robi trzcina
cukrowa. Virgilio zręcznymi ruchami maczety obiera
długiełlodygi trzciny i daje nam po pół metrowym kawałku.
Jest to zupełnie co innego niż kawałeczki trzciny
sprzedawane
w folii plastikowej na Hawajach. Tamte hawajskie żuło się
jak kawałki słodkiego patyka. “Nasza”
trzcina jest soczysta tak, że cieknie po brodzie,
orzezwiająco słodka i po wyssaniu zostaje tylko trochę
włóknistego miąższu. Za chwilę Virgilio niesie do domu
kiście owoców z jakiejś palmy. Czerwonawe, żółte lub
zielone, wielkości mniej więcej jajka, gotuje jak
ziemniaki. Pifa, bo tak się nazywa nowe dla nas jedzenie,
po ugotowaniu smakuje podobnie jak ziemniak. Ma trochę
gęstsza konsystencję i lekko słodkawy posmak. Zjadamy pifę
na kolację. Co rusz dochodzą inne miejscowe przysmaki
rosnące na działce, jak passion fruit, papaya, banany,
kokosy… Niestety ananasy już się skończyły. Jak zawsze
powodzeniem się cieszą owoce kakao, które rozbija się w
połowie i wysysa słodko-cytrynowy żel z kakaowych ziaren.
Wieczorem,
w blasku lampy naftowej, mamy prawdziwy spektakl
prymitywnej technologii produkcji czekolady. Wysuszone
ziarna kakao Virgilio praży w garnku na palenisku w domu,
obiera z łuski i ubija na masę w moździerzu. Zanim
Europejczycy nauczyli się z tego produkować suche kakao,
czy czekoladę, używano tej masy do robienia kakao. Trzeba
odkruszyć trochę do garnka, zagotować i dodać mleka.
Lepsze od kakao Van Houtena.
Dzielność morska naszej jednostki
pływajacej
Niestety nie mielismy okazji wypróbować
dzielności naszej jednostki morskiej podczas opływania
Hornu, ale po kilku doświadczenich na umiarkowanym wietrze
i fali, zadowoleni jesteśmy, że nie skusiliśmy się na test
opływania Ameryki Poludniowej.
Próbę kotwiczenia przeszliśmy dopiero w
spokojnej i osłoniętej Dolphin Bay brzegów Isla San
Cristobal. Po przepięknej żegludze z Ensenada Shepherd, z
towarzyszącymi nam calą prawie drogę delfinami,
wylądowaliśmy na kotwicowisku nieopodal restauracji nad
woda we wsi na San Cristobal. Restauracja należy do milego
faceta o imieniu Cypriano. Cypriano jest indianinem
Guyami, ktory pomagał nam polować na działke w poprzednich
naszych bytnościach w Bocas.
Dobry obiad u Cypriano w
postaci smażonego w całości pargo rojo (red snapper),
patacones (rodzaj jakby bananów do gotowania nazywanych
plantanes) i nieodłącznej Balboa (lokalne piwo) siedząc
nad woda w towarzystwie cedzących piwko lub coca colę
lokalnych Indian odpoczywających po pracy może trwać
godzinami. Lekko marszcząca się woda w Dolphin Bay,
dokazujące delfiny i spokój mangrove udziela się otoczeniu
i sprawia że czas przestaje być wymiarem. Nieopodal stoi
zakotwiczona nasza pływajaca skrzynka do spania na
glebokości okolo 20 stóp. Po wycieczce naszym skifem do
pobliskiej wioski i oglądaniu zielonych wzgórz z pasącymi
się krowami z rogami zakrzywionymi pokojowo do tylu,
wracamy na nasz statek pasażerski. Zmrok zapada w
tropikach szybko. Woda wygladza się. Delfiny kończa
igraszki i idą spać.
Ludzie
idą spać i zaczynają igraszki.
Ale nie myślcie, że Wasi przyjaciele, szacowni członkowie
YKP-SF dopuścili się frywolności. Igraszki były z
przyrodą. Ale o tym zaraz. No więc przebrani w nocne
odzienie siedzimy sobie na pokładzie dziobowym i pijemy
różne napoje od herbaty począwszy, a na piwie skończywszy
i podziwiamy blogość otaczającej nas przyrody. Cykady
grają swoje melodie, piesek szczeka od czasu do czasu w
wiosce, ryby chlupia ogonkami w wode, słońce zachodzi
uciszając odgłosy wsi, cichy rytm salsy dochodzi z
restauracji…
Żyć
- nie umierać. Wiatr uspokaja się
całkowicie. Coś jakby za cicho. Kilka dalekich błyskawic.
Niespokojny podmuch wiatru. Lódź przestawia się o 180
stopni. Załoga pływajacej skrzynki w piżamach naiwnie nie
reaguje dufna w swe umiejętności żeglarskie i osłonięty
charakter zatoki. Ludzie! Co tam się działo! Matki
dzieciom zakrywaly oczy. Zgroza rozwinęła się w kilka
chwil do rozmiaru kleski. Wiatr zaswiszczał, potem
zahuczał, woda poderwała się do tańca, tworząc smugi piany
na powierzchni. Wleczemy kotwice! Dzielna załoga biega po
sypialniach pływającego apartamentu w nieładzie. Chciałoby
się krzyknąć “Do lin, do pomp!!” Ach gdzież te liny? Ach
gdzież te pompy? No to może do kabestanu? Kotwicy? Tak –
kotwicy! Akcja ratownicza zaczyna się rozwijac teraz w
mgnieniu oka. Kapitanowie rzucaja się w pidżamach do knagi
kotwicznej zderząjac się na pokładzie dziobowym. Strugi
tropikalnego sztormu bezlitośnie moczą piżamy, a wiatr
smaga oblicza walczących o życie, albo co najmniej utratę
godności, odważnych mężczyzn. W kabinie, apartamencie,
dzielne kobiety, jakkolwiek suchsze, zderzają się tak jak ich
mężowie szukając latarek. Jako pierwsze zostaje
zastosowane leczenie doraźne w postaci wypuszczenia całej
długości liny. Mieliśmy w sumie około stu stóp nylonowej
liny kotwicznej, kilka stóp łańcucha i wątłego Danfortha.
Nie pomaga. Dalej ciągniemy. Potwierdzają to z rufy
uzbrojone w latarki Jola i Ela, raportując nadwodny
wiejski wychodek na kursie kolizyjnym. Do tego nie możemy
dopuścic! Wszystko, ale nie hańba spędzenia nocy, w
delikatnie mówiąc, niehigienicznych warunkach. Do maszyn
więc! Zapuszczamy silnik i plyniemy powoli do przodu w
zerowej widoczności w strugach tropikalnej ulewy. Zdajemy
sobie doskonale sprawę, że nasz zestaw kotwiczny jest
niewystarczajacy. Za mało łancucha i kotwica jak do
dwudziestopowej łódeczki, a nasza ma trzydzieści pięć .
Napór wiatru na olbrzymią powierzchnię houseboat jest
olbrzymi co zwieksza gwałtownie konieczność poważnego
zestawu kotwicznego. Na szczęście leży luzem na pokładzie
wyłowiona chyba przez kogoś porzadna CQR. Co prawda
muliste dno nie jest specjalnościa CQR, ale decydujemy się
na przelozenie CQR zamiast Danfortha i użycie Danfortha
jako dodatkowego obciążenia liny w zastępstwie łańcucha.
Idzie teraz szybko. Dzielna zaloga podaje narzędzia i
oświeca latarkami pracujących w pocie czoła zeglarzy w
mokrych piżamach. Od czasu do czasu delegacja załogi idzie
sprawdzic bliskość zagrożenia od wygódki. Opuszczamy
wreszcie CQR, dowiązujemy w pewnej odleglości Danfortha i
wypuszczamy wszystko co mamy. Trzyma? Trzyma! I wiatr
cichnie … Przy nastepnej okazji silnego wiatru z
falą w nocy, kiedy musielismy znowu wiązać do liny
kotwicznej Danfortha, Jola pyta: “Czy mam zakładać kostium
kapielowy?” “Raczej kamizelkę ratunkową”, odpowiada
Zbyszek.
Zapatilla Cays
W północno-wschodniej
cześci archipelagu
Bocas del Toro leżą
dwie małe wysepki otoczone plażą , z gęstym gajem palmowym. Wyglądaja obydwie niezwykle
tropikalno-egzotycznie i są częstym celem wycieczek z
Bocas. Przypominają motu z francuskiej Polinezji. To
urokliwe miejsce było miejscem rosyjskiej i argentyńskiej
wersji Survivor kilka lat temu. Jedna z wysepek była w
przeszłości dokładnie przekopana, bo poszła plotka o
zakopanych na niej skarbach Henry Morgana. W chwilę po
wyładowaniu na płaży pojawia się panga z rangerem, który
pobiera opłatę za
wstęp do Parku Narodowego Bastimentos,
do którego należa wysepki. Dziewczyny wybierają się na
poszukiwanie muszelek, a odważni mężczyźni eksplorują
wnętrze wyspy. Wnętrze nie przedstawia jednak większych
niebezpieczeństw, oprócz możliwości urazu od spadającego
kokosa. Podobno jest to większe niebezpieczeństwo
niż się
wydaje i co roku pewna liczba ludzi ginie w ten sposób. W
2000 roku 15 razy wiecej zginelo na swiecie od spadajacego
kokosa niz od ataku rekina. Nie widzi się jednak ludzi w
kaskach ochronnych. Potem jeszcze snorkeling. Pomiedzy
wyspami jest piekna rafa z dużą rozmaitościa korala.
Zdajemy sobie sprawe, ze jesteśmy sami na wyspie.
Odwiedzamy
też drugą Zapatilla, na której wylądowało kilka
pang z turystami. Plaża jest jednak tak rozległa, ze widzi
się tylko kilka osób. Wycieczkę uwieńczają zorganizowane
przez Zbyszka dwuosobowe zawody w rzucaniu oszczepem.
Jakie wyniki? Michał zajął zaszczytne drugie miejsce, a
Zbyszek był przedostatni.
Taksówka
wodna do Changuinoli
Changuinola to miasteczko na lądzie
stałym, blisko granicy z Costa Rica, atrakcyjne dla
gringos z powodu szerszego asortymentu w sklepach i urzedu
emigracyjnego przedłużającego wizy. Można tam się dostać
taksówką wodną z Bocas za jedyne 5 dolarów. Podróż trwa
około godziny i wiedzie najpierw otwartą wodą Bahia
Almirante, a później wzdłuż wybrzeża kanałem wybudowanym
przez United Fruit Company, jako osłoniętej drogi wodnej do
transportu bananow. “Niech się schowa Disneyland” mówili
nam miejscowi gringos. No więc postanowiliśmy spróbować.
Płacimy za przejazd, wsiadamy, jedziemy. Taksówka wodna w
tym przypadku, to łódź na bazie miejscowej pangi z ławkami
w poprzek łodzi. Około pięciu ławek po cztery osoby każda.
Kierowca siedzi z przodu, a całość napędzana jest 200 do
250 konna Yamaha. Bardzo przyjemna poranna przejażdżka po
płaskiej wodzie Bahia Almirante wzdłuż wybrzeży Isla Colon
nastraja nas wakacyjnie. Z dala widok na Boca del Drago,
cieśniny pomiędzy Colon, a lądem stałym. Taksowkarz nieomylnie wynajduje jakby ukryte wejście
do kanału,
meandrując pomiędzy rafami i płyciznami. Woda w kanale
zmienia się z niebieskiej oceanicznej, na mętna, mulista.
Płyniemy początkowo powoli po płytkim wejściu do kanału,
aby za parę minut przyspieszyć do blisko maksymalnej
prędkości ponad dwustukonnej Yamahy. Wpływamy w tropikalną
dżunglę. Obrazy przesuwają się jak w filmie z Indiana
Jones. Taksówkarz omija sprytnymi manewrami pływające pnie
drzew, gałęzie, nawet zabitego krokodyla unoszącego się
brzuchem do góry na wodzie. Przepiękna tropikalna
roślinność wzbudza ohy i ahy. Różnorodność kształtów i
kolorów jest imponująca. Mijamy po drodze prymitywne
zagrody i farmy Indian mieszkających nad kanałem.
Dopływamy do miejsca, gdzie kanał wpada do rzeki przy jej
ujściu
do morza. Rozległe, piaszczyste płycizny i
załamujące się fale tworzą labirynt dla łodzi, ale
kierowca taksówki wodnej dokładnie zna drogę. Droga
wiedzie teraz rzeką i wreszcie docieramy do przystani. Z
przystani, taksówką, kilka kilometrow do miasta pośród
plantacji bananowych. Wysiadamy w centrum miasteczka.
Changuinola nie jest metropolia, ale zaopatrzenie jest
lepsze niż w Bocas czy Almirante. Sprawdzamy co można
kupić, włącznie z obiadem w pobliskiej restauracji za pare
dolarow dla calej naszej czwórki. Jesteśmy odważni
jedzeniowo. Smakowite rabanki kurczakowe, gotowana yucca,
wyśmienita zupa rybna pomagają zapomnieć o potencjalnych
konsekwencjach żołądkowych. Podobno popularna w Meksyku
“turista” jest w Panamie rzadkościa. W droge powrotna
wybieramy się inaczej. Postanawiamy jechać autobusem do
Almirante, a stamtąd taksówką wodną spowrotem na Bocas.
Mały autobus ma duże kłopoty z podjeżdżaniem na wzgórza
dzielące Almirante od Changuinoli. Serce podchodzi do
gardła, kiedy przejeżdża przez kolejowo-samochodowy
wiszący most na rzece. Autobus wolno przesuwa się po luźno
ułożonych podkżadach stanowiących platformę jezdną mostu.
Wszystko się trzesie i chybocze. Mieli racje ci co mowili,
że Disneyland to pestka w porównaniu do tych przygód.
Robimy dobrą minę i każdy w myślach przysięga, że nigdy
więcej. Autobus zatrzymuje się na “przystankach” w
dżungli, wysiada Indianin, płaci i znika w dżungli. Musi
tu gdzieś mieć dom…
Znowu fruwające
łodzie? Nie – tylko
fruwające silniki.
Bahia Honda jest jednym z
piękniejszych
miejsc na ziemi. Leży pomiędzy Isla Bastimento i Isla
Solarte. Niezliczone rafy i wysepki mangrowe dają jej
cudowny charakter raju wodnego z pląsającymi delfinami,
przelatującymi papugami Lori, stadkami małych rybek
skaczącymi setkami skoordynowanie po powierzchni wody. Od
czasu do czasu przepływa Indianin w dłubance z jednego
pnia kayuco. Kotwiczymy w przepięknym miejscu
pomiędzy wysepkami mangrowymi, przy brzegu Bastimento,
niedaleko doku,
do którego dopływają
łodzie z turystami
odwiedząjacymi Red Frog Beach, która leży po drugiej,
nawietrznej stronie wyspy. Na naszym kotwicowisku słychać
załamujące się fale z drugiej strony wyspy. Wybieramy się
naszym skifem na Red Frog Beach. Lądujemy na pomoście
gdzie dowiązanych jest kilka pang i maszerujemy szlakiem
przez dżunglę na plażę po drugiej stronie wyspy. Red Frog
Beach wzięła swą nazwę od malutkich ostro ubarwionych na
czerwono trujących żabek, których jadu używano do
produkcji zatrutych strzał (Dart Frog). Sama plaża jest przepiękna. Zamknięta malowniczymi skałami z obydwu stron,
długości około dwóch kilometrów z żółciutkim piaseczkiem,
kokosowymi palmami i wszelkiego rodzaju tropikalną florą przedstawia
malowniczą scenerią do odświeżającej kąpieli.
Turyści, jak to turyści, zgrupowali się tylko przy końcu
szlaku od pomostu i malutkiej restauracyjce. Reszta plaży
do wzięcia. Robi się wieczornie, a umowieni jesteśmy w
mieście na kolację z Clyde’m, legendą przemyslu bananowego
na swiecie.
Clyde Stephens, albo Banana Man
przyjechał na
Bocas w 1959 roku i zamieszkał na Hospital Point –
niezwykle malowniczym przylądku na Isla Solarte.
Maszerujemy więc spowrotem na pomost, wsiadamy na nasza
łódeczkę i pełnym gazem 25-konnej Yamahy meandrujemy
pomiędzy wysepkami mangrowymi do naszego zakotwiczonego
domostwa. Dopływajac do houseboat robimy silny łuk, aby
dobić od rufy. Michał prowadzi łódkę, dziewczyny siedzą na
ławeczce patrząc w kierunku dziobu. Zbyszek na dziobie
tyłem do kierunku jazdy. Nagle rączka gazu silnika wysuwa
się z rąk kierowcy, silnik unosi się jak magiczny w
powietrze i już odseparowany od łódki jak wolny ptak
ląduje w wodzie, kręcac kółka, po czym spokojnie znika pod
powierzchnią. Zbyszek notuje wzrokiem pozycje nurkowania
silnika, Michał bierze za wioslo i zaczyna wiosłowac do
łodzi. Cała operacja, choć niezamierzona, przeszła tak
gładko i cicho, że część załogi nie zauważyła zmiany w
napędzie. Wielu słynnych żeglarzy wyrzucało silniki na
środku oceanu z frustracji nad brakiem kooperacji
maszynerii z człowiekiem, a nasz się delikatnie sam
wyrzucił, jakby zawstydzony swoim własnym warkotem. My
zaś, po kilku próbach szukania naszego wstydliwego silnika
przy użyciu maski i płetw przekazaliśmy to pasjonujące
zajęcie w profesjonalne ręce firmy czarterującej. Do
miasta udaliśmy się taksówką wodną.
Panama City i powrót
Siedzimy w restauracji Manolo nieopodal
naszego hotelu przy miskach pełnych paella*, obstawieni
piwami Balboa i dzbankami z Sangria i robimy podsumowanie
wyjazdu. Zatrudnilismy Dave’a jako menadżera, który
zatrudni pracownika. Ma już kandydata, Indianina Guaymi,
który ma się sprowadzić z żoną i trójką dzieci w połowie
października. Mamy bardziej skrystalizowane plany domow,
systemu zbierania wody, prądu i zagospodarowania działki.
Wydaje się prostsze niz nam się wydawało, szczególnie po
obejrzeniu poczynań innych.
Rozmawialismy z producentem
łodzi w Veracruz niedaleko Panama City i zamówiliśmy łódź
typu panga z 115 konna czterosuwowa Suzuki. Odbyliśmy
konferencję z naszym prawnikiem na temat naszego stanu
prawnego w Panamie i jesteśmy zadowoleni z jej wyniku.
Ponad wszystko jednak upewniliśmy się, że czujemy się na
wyspie bardzo dobrze i jest to naprawdę to co chcemy robić
na emeryturze. Niepokoje znikły, myśli się uporządkowały,
zaświeciło się światełko nadziei na końcu tunelu
codzienności, a to najważniejsze dla spełnienia się ciągle
poszukującego człowieka…
*Panga (machete - Swahili) – typowa
łódź japońskich rybaków zaprojektowana do transportu
ciężkiego ładunku i oszczędności paliwa. Ponad 30 lat temu
Japończycy zaczęli eksportować łodzie panga wraz ze swojej
produkcji silnikami do krajów rozwijajacych się i
osiągneli olbrzymi sukces. Łodzie te można znaleźć w
każdym zakątku świata.
*Paella – potrawa, pierwotnie z Walencji,
na podstawie ryżu z szafranem i oliwą z oliwe I w
zalezności od rodzaju z warzywami, mięsem lub owocami
morza.
(tekst Michał Laster)
 |
|